Wszystko zostało starannie zebrane.
Moim zdaniem.
Gdy pogrążałam się w przekonaniu, że jestem gorsza – mniej piękna, mniej zdolna, mniej wartościowa – on był przy mnie, w milczeniu, zbierał światło od obcych ludzi, kawałek po kawałku, próbując mi je zwrócić.
Przyłożyłam dłoń do ust, próbując stłumić szloch.
Przez dwa lata myślałem, że znikam.
Przez dwa lata walczył o mnie w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam.
Rozłączyłem się.
Przez chwilę siedziałam tam, pozwalając, by jego ciężar spoczął na mnie – lżejszy niż wcześniej, ale ciepły. Niemal przytłaczająco czuły.
Potem wstałem.
Moje nogi drżały, gdy wszedłem do salonu.
Był tam, dokładnie tak jak zawsze o tej porze, siedząc na sofie z książką w dłoni. Miękkie światło lampy obok delikatnie oświetlało jego twarz.
Gdy mnie usłyszał, podniósł wzrok.
„Hej” – powiedział cicho, uśmiechając się. „Nie możesz spać?”
Nie odpowiedziałem od razu.
Zamiast tego podszedłem i usiadłem obok niego.
Ostrożnie. Powoli.
Oparłam głowę na jego ramieniu – tym samym ramieniu, na którym wspierałam się nocami w szpitalu, podczas bólu, podczas ciszy.
Poruszył się lekko, instynktownie mnie obejmując.
I wtedy wszystko się zmieniło.
Nie w tysiącu kawałkach, ale jako całość.
Wszystkie wątpliwości. Wszystkie lęki. Całe to ciche przekonanie, że stałam się nie do zniesienia.
Zaginiony.
Zastąpione czymś stabilnym.
Jedno jest pewne.
Zamknąłem oczy i szepnąłem: „Robisz już wszystko poprawnie”.
Zamarł.
Poczułem, jak spuścił wzrok na mnie, wyglądając na zakłopotanego.
„Co masz na myśli?” zapytał cicho.